poniedziałek, 25 listopada 2024

Moonchild

 " Całe moje dzieciństwo przepełnione było pięknymi bajkami - opowiadanymi do snu przez moją mamę, gdy miałem zaledwie kilka lat. Opasłymi tomiskami książek przedstawiającymi historię chłopca, który stał się czarodziejem - od których nie mogłem się oderwać w wieku wczesnoszkolnym. Japońskimi kreskówkami o wojownikach walczących ze strasznymi potworami, którymi zawalony był dysk na moim starym laptopie, oraz kolorowymi stronami komiksów o super bohaterach, które tak skrupulatnie zbierałem na pułkach domowego kredensu. Gdy tak zatapiałem się w magiczny świat fantastyki i pogranicza science - fiction, życie wydawało się o wiele barwniejsze i ciekawsze. Tyle rzeczy było do odkrycia, w mojej głowie rodziła się masa zwariowanych pomysłów, a puszczając wodze swojej fantazji kreowałem dookoła siebie świat pełen przygód.

Jednak jeszcze wtedy nie miałem świadomości, że to wszystko to tylko wymysł autora, spisany na papierowych stronach książek czy przedstawiony w formie video. Choćby nie wiem jak piękne i ekscytujące wizje one przedstawiały, prawdziwe życie takie nie było. Tego dowiedziałem się dorastając. 

Życie nabierało tępa, na głowę waliło się coraz więcej obowiązków i odpowiedzialności, którą oczekiwano ode mnie udźwignąć. Dzień za dniem ubywało czasu i chęci do biegania po podwórku udając chłopca, w którym zapieczętowany był dziewięcioogoniasty lisi demon. Potem pojawiła się rutyna oraz szara codzienność, a z mojej głowy stopniowo wyparowywało przekonanie, że okaże się kiedyś kimś nadzwyczajnym. 

Nie ważne, jak bardzo za dzieciaka pragnąłem by moje życie odmieniło się pod wpływem tajemniczego, niewyjaśnionego zdarzenia - bezwzględna dorosłość i mnie w końcu dopadła. Wyperswadowała mi z głowy wszystkie te dziecięce niedorzeczności i pozostawiła na pastwę bezbarwnej rzeczywistości. Zamknęła wszystkie myśli dotyczące wydarzenia się czegoś magicznego, głęboko w odmętach mojego umysłu. W drewnianym kufrze oznaczonym etykietą "bzdury".

W końcu, z przykrością dotarło do mnie to, że byłem najzwyklejszym człowiekiem na świecie oraz dlaczego to wszystko nazywano mianem "rozrywka". W tamtym momencie cała nadzieja na zostanie prawdziwym wybawcą i bohaterem ludzkości umarła we mnie śmiercią naturalną.

Powoli, skrupulatnie oddalałem się od szczenięcych marzeń na rzecz sztampowych studiów na kierunku ekonomicznym, trywialnych planów na pięcie się po szczeblach biznesowej kariery oraz zamiarów założenia w przyszłości niewielkiej rodziny. W miarę jak pojmowałem wszystko to, co działo się za kulisami ulubionych filmów, życie przestało być już takie ciekawe i niepoznane. Pogodziłem się z tym. Tak jak wszyscy inni przede mną i po prostu, przyjąłem je takim jakie było.

Nie był to przecież koniec świata. Ot co zwykła historia dorastania. Zacząłem się do tego przystosowywać. Uczyłem się, żeby zapewnić sobie lepszą przyszłość. Pracowałem by jak najszybciej osiągnąć niezależność. Spędzałem czas z przyjaciółmi i szukałem własnej drogi. Postanowiłem przeżyć to życie najlepiej jak umiałem. 

Uśmiechałem się do staruszek w parku, które mijałem podczas porannego biegania. Cieszyłem się z pięknej pogody wiosną, latem wybierałem się nad może z kolegami. Podziwiałem rozgwieżdżone niebo, wybierając się na działkę z rodzicami. Ekscytowałem się wyjazdem na studia w stolicy. Układałem to swoje pospolite życie na trwałych, realnych fundamentach codzienności.

Może właśnie dlatego Jego istnienie, tak bardzo namieszało w mojej poukładanej, zwyczajnej głowie?

Bezceremonialnie zburzył, moje dotychczasowe pojęcie świata i zachwiał wiarę w to, że życie nie kryje już dla mnie żadnych osobliwych niespodzianek. Dosłownie wywrócił mój świat do góry nogami, a jednocześnie ofiarował mi coś, o czego istnieniu i sile nie miałem jeszcze większego pojęcia.

Sprawił że moja egzystencja nabrała całkiem innego koloru - głębokiej czerni, jednak przeplatanej światłem miliona olśniewających gwiazd. Zaprzeczył szablonowym wyobrażeniom i skarcił za obranie tylko jednego, utartego sposobu na pojmowanie świata. Obudził we mnie, dawno już zapomniane uczucia i emocje, które niekiedy jeszcze towarzyszyły mi w sennych marzeniach. Tak wiele mnie nauczył.

To dzięki Niemu otaczająca nas rzeczywistość okazała się, nie taka wcale zwyczajna, jak mi się wydawało. Za to zawsze będę mu wdzięczny"

Moonchild

  " Całe moje dzieciństwo przepełnione było pięknymi bajkami - opowiadanymi do snu przez moją mamę, gdy miałem zaledwie kilka lat. Opas...